Witam na blogu poświęconym wyłącznie dla Frerardów ;) Mile widziane wszelkie poprawy i propozycje w komentarzach ;) Rozdziały będą się pojawiać w zależności od chęci i weny Dżełałda *___*
sobota, 22 marca 2014
22 MARZEC 2014
Dla wszystkich to trudny dzień, prawda? Dzisiaj mija rok od rozpadu My Chemical Romance. Ciężko w to wszystko uwierzyć. Grali przez te piękne 12 lat i nagle się wszystko skończyło. Każdy z nich tak jakby zaczął nowe życie. MCRmy ich nie opuściło, pomimo że przestali grać. Dla nas ich muzyka zawsze będzie. Nigdy nie zapomnimy o tak cudownym zespole. Ten zespół nadawał wielu ludziom sens życia. Siedzi w sercach wielu z Nas bardzo głęboko. Nie znamy prawdziwej przyczyny zakończenia MCR. Jest wiele podejrzeń do tego co mogło się stać. Wszystko wydaje się być logiczne. Może kiedyś poznamy prawdę. Może kiedyś zespół wróci. Może kiedyś będziemy mieli szansę zobaczyć ich na koncercie. Nigdy nie mów nigdy. Życie jest pełne niespodzianek i nie wiadomo co siedzi w głowach członków zespołu. Może właśnie, gdy czytasz to co piszę, oni myślą o sobie nawzajem i planują wrócić. Możemy być tylko pewni tego, że prawdziwi fani MCR będą na zawsze.
KILLJOYS MAKE SOME NOISE!
Tak. Dzisiaj mija dokładnie rok od naszego rozpadu. Czy jestem zadowolony? Owszem. Jestem dumny, że zaszliśmy tak daleko. Mamy naprawdę wiele oddanych fanów. Oni są z nami cały czas. Nawet kiedy nasz zespół ogłosił koniec, wszyscy z nami są. Nikomu nie powiedzieliśmy jaka jest prawdziwa przyczyna rozpadu. Wie to tylko nasza czwórka. Nie wiedzą nawet nasze żony. A dlaczego? To już dłuższa historia.
Właśnie byliśmy w jednej z naszych dłuższych tras. Graliśmy ostatni koncert w danym mieście. Wszyscy byliśmy już wykończeni. Co jak co, ale taka trasa jest niezwykle męcząca. Wiecznie tylko zajmujemy się w tym czasie muzyką. często nie mamy nawet czasu, by zadzwonić do rodziny.
Tak, wiec po tym koncercie wszyscy udaliśmy się do naszego busa. Standardowo od razu każdy położył się w swoim łóżku, marząc o odpoczynku. Dość szybko usunąłem, lecz w pewnym momencie obudził mnie delikatny dotyk. Poczułem czyjąś dłoń na moim policzku. Pod wpływem tego przeszedł mnie lekki, przyjemny dreszczyk. Wciąż miałem zamknięte oczy. Wydawało mi się, że śnię.
-wiem, że nie śpisz- Usłyszałem cichy szept.
W tym momencie otworzyłem przerażony oczy i ujrzałem przed sobą Franka. Był ubrany w swoją słodką piżamkę, jego włosy lekko opadły na jego bladą twarz, na której gościł w tej chwili słodki uśmiech. Serce zaczęło mi bić jak oszalałe.
-co ty tu robisz..?- Zapytałem wreszcie.
-hmm...Jak na razie to siedzę. Moglibyśmy porozmawiać?- Spojrzał na mnie prosząco.
-o tej godzinie!? Popieprzyło cię!?- Podniosłem się powoli do pozycji siedzącej.
-Tak, teraz... Tylko teraz możemy być sami, a to jest ważne moim zdaniem.- Odpowiedział.
-ugh...Dobra.- Wstałem w łóżka i wyszliśmy obaj do kuchni w naszym busie.
On się oparł o blat. Wyraźnie zastanawiał się co powiedzieć. Zauważyłem że trochę pobladł, spuścił wzrok ku podłodze, a jego usta zdawały się drżeć. Niepewnie do niego podszedłem i odruchowo chwyciłem go za dłoń.
-Powiesz mi wreszcie o co ci chodzi?"- zacząłem.
-Gerard...Bo ja..nie wiem jak ci to powiedzieć.- Powiedział cicho.
-powiedz prosto... Spokojnie- Mówiłem uroczo.
-kocham cię- Powiedział i natychmiast zakrył twarz dłońmi.
Ja w tym momencie zostałem dosłownie bez słowa. Nie miałem w głowie żadnych myśli. Czułem się wyprany uczuć. To co powiedział przed chwilą Frank... Aż nie mogę w to uwierzyć.
-Frank... Jak mam to rozumieć?- Zapytałem.
-Podobasz mi się. Zakochałem się w tobie! Przepraszam, że ci to mówię, ale nie potrafię tego przed tobą kryć. Wiem, że mamy żony oraz dzieci. Nie wiem jak ty, ale ja podczas całowania z żoną, porównuję go do naszych pocałunków na scenie i stwierdzam że nawet trochę im nie dorównują. Jesteś wyjątkowy. Jesteś dla mnie kimś znacznie więcej niż przyjacielem. Jesteś dla mnie najważniejszy. Zawsze myślę o tobie. Przepraszam"- Powiedział, gdy tylko zdobył się na odwagę.
Ja zwyczajnie zamilknąłem. Nie potrafiłem przetrawić słów, które niedawno wyszły prosto z ust mojego przyjaciela. On próbował do mnie podejść, lecz się odsunąłem. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
-Czego ode mnie teraz oczekujesz? Mam ci się rzucić na szyję, powiedzieć, że też Cię kocham, rzucić dla ciebie rodzinę? Jeśli tak myślisz to jesteś w błędzie.-Odpowiedziałem w końcu.
-Gerard... A kochasz mnie?"-zapytał z nadzieją.
-ej! Oboje mamy żony oraz dzieci! Nie chce tego spieprzyć. Podoba mi się życie takie jakie jest, a do ciebie czuję...Tylko przyjaźń. Nie jestem gejem!"- Mówiłem.
-Ale, Gee...- Próbował coś powiedzieć.
-Nie ma ale!- Przerwałem mu.- To co robimy na scenie nie ma dla mnie żadnej wartości i myślałem, że dla ciebie też. To było zwykłe show. Fani tego chcieli, to dostawali swojego Frerarda. Co ty sobie wyobrażasz!?"-Popatrzyłem na niego.
On nic nie powiedział. Nawet na mnie nie patrzył. Bez słowa udał się do sypialni, w której wszyscy spaliśmy. Była niezwykle malutka, ale nam starczała. Jak dla mnie nie tym razem. Po tym co usłyszałem nie mógłbym teraz spokojnie spać. Siedziałem tak do południa, a wtedy do kuchni wszedł zaspany Mikey. Przeważnie miałem dość dobry kontakt ze swoim bratem. Mówiliśmy sobie wszystko, a gdy któryś z nas zauważył że drugiego coś dręczy, to wysłuchiwaliśmy siebie. Nie tym razem. W tym momencie miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać, a już tym bardziej zwierzać się. Zamknąłem oczy, gdy na moim ramieniu znalazła się dłoń Mikey'a.
-Bracie... Wiesz, że rozmowa z Frankiem była nieunikniona. Jak się czujesz..?- zapytał, siadając obok.
-skąd wiesz co się działo?-zdziwiłem się.
-Frank już mówił nam co planuje zrobić. Szczerze mówiąc to spodziewałem się raczej tutaj was obojga w swoich ramionach...- powiedział.
-To mój przyjaciel. Nikt więcej. Nie jestem gejem- mówiłem drżącym jeszcze głosem.
-Jesteś pewien? Te pocałunki, obmacywanie się....- Zaczął wymieniać.
-Fani tego chcieli. Dla mnie to nic nie znaczyło. Kocham swoją żonę oraz córkę nad życie. Zrobię dla nich wszystko, dlatego nie mam zamiaru przejmować się jakimś nędznym uczuciem- westchnąłem.
-nędznym uczuciem..? Gerard, on cię kocha. Nie wmówisz mi że ty jego nie. Nie potrafisz kłamać. -Drążył temat.
-Przepraszam, ale nie chcę o tym rozmawiać. Nie chcę mieć cokolwiek wspólnego z...tym zespołem.- Powiedziałem.
-Co ty chcesz przez to powiedzieć?-Zapytał przestraszony Mikey.
-To koniec My Chemical Romance.- Wstałem i od razu skierowałem się w stronę łazienki.
Zrzuciłem z siebie ubrania i przebrałem się w wygodne ubrania. Czeka nas długa droga do New Jersey. Tam właśnie zagramy nasz ostatni koncert. Koncert bez Frerarda. Pożegnalny, lecz nikt o tym nie będzie wiedział. Wszyscy fani, którzy znajdą się na tym koncercie, nie będą zdawać sobie sprawy z tego, iż więcej na scenie nie zobaczą MCR.
Gotowy już, wyszedłem z łazienki i minąłem się z Frankiem. Wydawał się być smutny, niewyspany, przygnębiony. W sumie jak może się czuć kiedy dostał kosza od swojego najbliższego przyjaciela. Jednakże wtedy nie czułem w sobie nawet winy. Uważałem, że bardzo dobrze zrobiłem. A dlaczego? Nie wiem. Chyba sam siebie okłamuje co do uczuć. Skądś te wszystkie pomysły musiały wpadać do głowy. Te wszystkie pocałunki. O tak. One były lepsze niż z własną żoną. Kiedy całowałem Franka czułem się... wyjątkowo. To jest chyba odpowiednie słowo. Jego usta miały taki słodki smak. Były miękkie i delikatne. Zawsze kiedy go dotykałem, jego serce wyraźnie przyspieszało. Dopiero teraz sobie to uświadomiłem. Dopiero teraz widzę jakim jestem egoistą. Nie liczyłem się z tym co on może czuć. Nie przyszło mi nawet nigdy do głowy, że może się we mnie zakochać. Przecież ma żonę, ma trójkę wspaniałych dzieci. Nigdy bym nawet nie pomyślał, że może poczuć coś do mężczyzny. Pewnie dlatego, że ja nie myślę.
Moje myśli mnie przytłaczały. Czułem, że koncert który nas czeka, będzie najtrudniejszy. Tylko nasza czwórka teraz wie, że to ostatni koncert. Nie próbują nawet nic zrobić. Wiedzą, że przekonywanie mnie nic nie da. Koniec kiedyś musiał nadejść. Szkoda, że tak szybko. My Chemical Romance bez któregoś z nas to nie to samo. Żaden nie może odejść, dlatego zakończymy to.
Chodziłem tak po całym busie, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Wreszcie dojechaliśmy na miejsce. Przebraliśmy się w odpowiednie stroje, przygotowaliśmy się, zrobiliśmy krótką próbę, po czym weszliśmy na scenę. Standardowo zaczęliśmy od 'NaNaNa' żeby publiczność już na samym początku się rozruszała. Nie czułem w tym momencie ani stresu, ani radości z tego co robię. Miałem świadomość, że obok mnie jest przyjaciel, którego zraniłem. Gerard Way nie przyzna się do błędu, oj nie. Nie jestem żadnym gejem. Moje uczucia skierowane są wyłącznie do tej jednej kobiety. No tak. Ja tu sobie rozważam różne opcje życia, a koncert trwa. Na scenie starałem się nie pokazywać nic. Udawałem, że wszystko jest w porządku, choć byłem rozkojarzony. Po półtorej godziny zeszliśmy ze sceny. Czekało nas krótkie spotkanie z fanami. Zwykle tego nie robiliśmy, ale chcieliśmy chociaż się w pewien sposób pożegnać z nic nieświadomą MCRmy. Byli, są i będą dla nas niezwykle ważni. Bez nich nie zaszlibyśmy tak daleko.
Zaraz po spotkaniu weszliśmy do busa i dojechaliśmy w stronę domu. Na miejscu obok mnie usiadł Ray.
-Przepraszam, że zapytam, ale... Naprawdę nic do niego nie czujesz? Nic?- Zaczął.
-Nie chcę o tym rozmawiać. To koniec.-Zamknąłem oczy.
-nie próbuje cię przekonać do zmiany decyzji- Powiedział- Widzę i nie tylko ja widzę, że Frank nie jest ci obojętny. Dlaczego siebie oszukujesz?
-Nie oszukuję siebie. Wiem kogo kocham i to się nie zmieni. Naprawdę nie mam ochoty o tym rozmawiać.- Powiedziałem i włożyłem słuchawki do uszu. Po dwóch godzinach dojechaliśmy na miejsce. Pożegnałem się ze wszystkimi. Nawet z Frankiem. Natychmiast udałem się do domu. Gdy tylko otworzyłem drzwi, rzuciła się na mnie Linsday. Okropnie za nią tęskniłem. Od razu wpiłem się w jej usta, bez zbędnych słów. Teraz uświadomiłem sobie, że dobrze postąpiłem. Te wątpliwości były spowodowane tylko tęsknotą. Jestem w 100% hetero. Frank źle odebrał to co robiłem. To w większości moja wina. Nie powinienem tak wystawiać jego uczuć na próbę.
Nie zdążyłem tak długo rozmyślać. Wszystko wróciło do normy gdy przytuliła mnie córeczka. Zapomniałem o wszystkim.
-Linsday... My Chemical Romance ogłasza koniec.- Powiedziałem, odwracając się w jej stronę, z córką na rękach.
-Co? Dlaczego!? Ten zespół jest dla ciebie bardzo ważny- Powiedziała zaskoczona.
-Tak. To się nie zmieni. Zawsze będzie dla mnie ważny...ale to koniec. Postanowiłem. Czas zająć się czymś poważniejszym w życiu. Wychować wspólnie dziecko, pomyśleć o przyszłości. To nie może się tak w kółko ciągnąć. Trasy, nagrywanie, próby, sesje, wywiady. Mamy bardzo mało czasu dla siebie, dla rodziny- Odpowiedziałem.
-jesteś tego pewien?-Podeszła bliżej.
-Najbardziej na świecie. Uwierz, że wiem co robię. To...przemyślana decyzja. I nie ma już odwrotu- Powiedziałem stanowczo.
-No właśnie widzę, że nie mam nawet szans cię przekonać...- Spuściła głowę, a ja pocałowałem ją w policzek.
-Tatusiu? Poczytasz mi dzisiaj do snu?"- Zapytała Bandit.
-Kochanie, tatuś jest zmęczony na pewno, dlatego...-Mówiła Lyn-Z.
-Nie jestem- przerwałem jej.- Jasne, że ci dzisiaj poczytam- Powiedziałem z uśmiechem.- Chodźmy, bo jest już późno..
-Jesteś cudowny- Żona wyszeptała do mojego ucha i poszła do sypialni, natomiast ja poszedłem z Bandit na rękach do jej pokoju.
Położyłem ją na łóżeczku, jednak ona szybko wstała. Zaczęła przeglądać półki z książkami w poszukiwaniu tej najlepszej. Gdy już udało jej się coś wybrać, przykryłem ją i zacząłem czytać. Pod koniec zauważyłem, że już zasnęła. Wyłączyłem małą lampkę obok jej łóżka i chicho wyszedłem, zamykając za sobą drzwi. Powędrowałem w stronę sypialni. Tam położyłem się na łóżku, obok kobiety mojego życia.
-Powiesz mi jaka jest przyczyna tego... Rozpadu?- Odwróciła się w moją stronę. Jej brązowe, duże oczka właśnie wpatrywały się we mnie.
-Po prostu uświadomiłem sobie jakie są wartości w życiu- Odpowiedziałem niepewnie, lecz uwierzyła.
-Kocham cię- szepnęła i wtuliła we mnie swe drobne ciałko.
Wszystko było idealnie. Relacje z moją rodziną się niesamowicie polepszyły. Kontakt utrzymuję z członkami zespołu. Tylko nie z jednym. Nie z Frankiem. Od czasu, kiedy powiedział mi o swoich uczuciach, nie potrafię z nim normalnie rozmawiać. Zawsze kiedy widzę jego zdjęcie lub przeglądam teledyski naszego zespołu, zawsze przypomina mi się nasza rozmowa. Wtedy zaczynam siebie nienawidzić za to co mu powiedziałem. Myślałem o tym niezbyt dużo szczerze mówiąc. Tylko przez Twittera wiem co się u niego dzieje. Nie wiem w jaki sposób, ale bardzo chciałbym z nim normalnie rozmawiać, jak dawniej. Jak przyjaciel z przyjacielem. Obecnie można powiedzieć, że zachowujemy się jak wrogowie. Unikamy siebie na każdym możliwym kroku. Moja żona wielokrotnie pytała o Franka. W sumie się nie dziwie. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi i nagle nie mamy ze sobą kontaktu. Zawsze odpowiadałem, że nastąpiła krótka wymiana zdań i się trochę posprzeczaliśmy, a po rozpadzie nie musimy mieć kontaktu ze sobą.
Całkiem niedawno Frank nagrał piosenkę ze swoimi dziećmi. Muszę przyznać, że piosenka ta jest genialna, a teledysk do tego jest bardzo uroczy. Ten mężczyzna to idealny ojciec.
Wreszcie nastąpił ten dzień. Dokładnie rok, po ogłoszeniu rozpadu. Czyli zaledwie rok temu Frank wyznał mi miłość. Wtedy wszystko się zepsuło, a jednocześnie naprawiło. Nie ukrywam, że siedząc tak w domu, strasznie się nudzi. Zawsze miałem jakieś zajęcie. Było to zwykle związane z zespołem. Jego teraz nie ma.
Wciąż mam wszystkie stroje z różnych er MCR. Każdy ma dla mnie szczególną wartość i nie potrafię się ich pozbyć. One bardzo przypominają mi Franka. Spędziłem z nim wiele wspaniałych chwil.
Przez to, że dzisiaj jest ten wyjątkowy, a zarazem ciężki dzień, postanowiłem zrobić coś, do czego zbieram się od roku. Postanowiłem porozmawiać z Frankiem. Cholernie się tego bałem. Obawiałem się, że odrzuci mnie tak, jak ja go kiedyś odrzuciłem. Wziąłem telefon z szafki i poszedłem usiąść do ogrodu. Wybrałem numer do chłopaka i czekałem aż odbierze.
-Halo?- Usłyszałem nieco smutny głos.
-Frank? To ja, Gerard- Powiedziałem cicho.
Przez chwilę w słuchawce telefonu nic nie słyszałem. On zamilkł. ja również nie wiedziałem jak przerwać tą ciszę. W końcu zadzwoniłem po to, by porozmawiać, a nie byśmy razem milczeli.
-przepraszam Cię za wszystko. Za to, że byłem takim dupkiem, egoistą, za to, że tak perfidnie cię w sobie rozkochałem i nie dałem szansy nawet niczego powiedzieć.- Powiedziałem.
Wciąż nic nie słyszałem. Nagle doszedł do mych uszu odgłos płaczu. Nie takiego dziecinnego. Kiedy to usłyszałem, trochę się przestraszyłem.
-Frank, proszę odezwij się- mówiłem- Frank... Przepraszam Cię.
Usłyszałem w odpowiedzi tylko sygnał kończący rozmowę. Jedyne co mi teraz przychodzi do głowy? Pojechać do niego. Nie mam wyjścia. Telefonu ode mnie już na pewno nie odbierze.
Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Ubrałem się i zgarnąłem z szafki kluczyki od samochodu.
-A ty gdzie idziesz tak wcześnie?- Usłyszałem głosik za swoimi plecami.
-Jadę do Franka. Sama rozumiesz... Dzisiaj mija rok od rozpadu, nie rozmawiamy wiele ze sobą...-mówiłem.
-Nie tłumacz mi się- Zaśmiała się Linsday.- Po prostu jedź. Ale wróć na obiad!
-Dobrze, wrócę na pewno- Odpowiedziałem i wyszedłem z domu.
Wsiadłem do samochodu i ruszyłem doskonale mi znaną drogą, prowadzącą prosto do domu Franka. Gdy dojechałem bałem się nawet wysiąść z pojazdu i podejść pod drzwi. Jednak po chwili namysłu zrobiłem to.
Wstrzymałem oddech i niepewnie zapukałem do drzwi. Nikt mi nie otwierał, dlatego ponowiłem próbę. Dalej nic. Nacisnąłem na klamkę, a drzwi były otwarte. W takim razie na pewno Jamii oraz dzieci nie ma w domu, bo ona by nie pozwoliła na otwarte drzwi. W każdej chwili mógł ktoś wtargnąć do ich domu, jak zrobiłem to teraz ja. Zamknąłem za sobą drzwi i stanąłem w miejscu. Dużo się tutaj zmieniło, ale ja nie przyszedłem podziwiać jego mieszkania, które było urządzone z niewątpliwym smakiem, ale przyszedłem by porozmawiać z Frakiem. Zamknąłem oczy i wsłuchałem się w ciszę, aż usłyszałem na piętrze zamykające się drzwi łazienki, a zaraz potem ciche stąpanie po schodach. Nagle na ostatnim schodku stanął Frank, jakby zobaczył ducha. W sumie nie ma się co dziwić. Wszedłem do jego domu, kiedy on o tym nie wiedział.
-C-co ty tutaj robisz?- Wyjąkał chłopak.
-Drzwi były otwarte i... nie odzywałeś się przez telefon. Postanowiłem, że dzisiaj się w sobie zbiorę i w końcu porozmawiamy. Tak, więc przepraszam, że tak się zachowałem....- Chciałem mówić dalej, ale mężczyzna mi przerwał.
-Nie przepraszaj za swoje uczucia, na które nie masz wpływu, Gee- Powiedział, nie ruszając się z miejsca.
-Nie powinienem cię tak zostawiać. To, że byłeś we mnie zakochany nie powinno być powodem tego, że nie będziemy rozmawiać.
-Byłem zakochany- Powiedział ironicznie pod nosem, lecz ja usłyszałem.
-Co masz na myśli?- Zapytałem, podchodząc bliżej.
-Gerard! Ja dalej do ciebie czuję to samo! Nic się nie zmieniło! Nawet po tym jak dałeś mi kosza, ja nadal cię kocham, idioto! To uczucie jest zbyt silne, żeby mogło tak po prostu pominąć!- Wykrzyczał ze łzami w oczach.
-Frank...- Szepnąłem, chociaż nie wiem czemu. Ledwo cokolwiek z siebie wydusiłem.- Frank, wybacz. Nie miałem pojęcia, że ty dalej...no...mnie kochasz- Spuściłem głowę.
-To już wiesz- Odparł i ruszył z powrotem do góry, po schodach.
Nie zastanawiając się nawet, pobiegłem za nim. On się raczej tego nie spodziewał. Usiadł skulony pod ścianą i schował twarz w dłoniach. Nie wiedziałem do końca co robię, ale podszedłem do niego, usiadłem obok i przytuliłem go do siebie.
-Ty dla mnie też nie jesteś obojętny- Powiedziałem cicho, wtulając siebie chłopaka, w celu uspokojenia jego płaczu.
-Co?- Lekko podniósł głowę, lecz nie puszczał mojej koszulki. Zupełnie jakby się bał, że zaraz wstanę i wyjdę.
-Wypierałem się tych myśli. Wmawiałem sobie, że na pewno nic nie czuje do ciebie. Że to wszystko to Tylko przyjaźń. Oboje mamy żony, dzieci. Nie możemy sobie pozwolić na coś takiego. Jednak jak nie odzywałeś się kiedy do ciebie zadzwoniłem, bałem się. Bałem się, że się więcej do mnie po tym wszystkim nie odezwiesz. Dopiero uświadomiłem sobie, jaki jesteś dla mnie ważny. Zawsze musiało być jakieś uczucie, które doprowadziło do Frerarda. Samo z siebie to nie mogło wyjść. - Powiedziałem, patrząc mu w oczy.
On nic nie mówił. Nie zmienił pozycji i wciąż wpatrywał się we mnie swoimi ślicznymi brązowymi oczkami z odcieniami żółtego. Wreszcie nie wytrzymałem. Niespodziewanie nachyliłem się lekko tak, że nasze usta dzieliły zaledwie centymetry. Musnąłem jego usta swoimi, po czym zrobiłem to trochę pewniej. Znów poczułem tę jego słodycz ust, które były malutkie, idealne. Położyłem dłoń na jego delikatnym policzku i pogłębiłem trochę pocałunek. W tym momencie zapomniałem o wszystkim, o całej szarej rzeczywistości. Zapomniałem o swojej żonie, która teraz robi w domu obiad, podczas gdy ja siedzę na podłodze w domu przyjaciela i całuję się z nim. Po chwili oderwałem się. On zaskoczony otworzył oczy i spojrzał znów na mnie. Puścił moją koszulkę i usiadł na przeciwko.
-Przepraszam- Powiedziałem, a on tylko w odpowiedzi wpił się w moje usta.
Nie robiliśmy nic więcej. Tylko te namiętne pocałunki, podczas gdy Frank siedział między moimi nogami. Przerwał nam dopiero dźwięk otwieranych drzwi.
-Frank! Mówiłam, że masz te drzwi zamykać!- Usłyszeliśmy z dołu.
Bez zastanowienia wstaliśmy od razy z podłogi i poprawilismy swoje ubrania, oraz rozczochrane włosy. Policzki Franka były tak uroczo zarumienione, oczy odbijały światło dochodzące z okna, jednego pokoi, a usta miał lekko uchylone. Aż się prosiły o pocałunek, lecz nie mogłem tego zrobić, gdy jego żona jest w domu.
-Ja już będę jechał- Powiedziałem mu do ucha.
-Nie, zostań na obiad- Spojrzał na mnie prosząco.
-Obiecałem Lyn-Z, że do obiadu wrócę.- Odpowiedziałem i zobaczyłem smutek na jego ślicznej buźce.- Ale nie martw się. Jeszcze dzisiaj zadzwonię.- Dodałem.
-Eh, no okej... Będę czekać- Uśmiechnął się.
-Do usłyszenia, Frankie- Powiedziałem uroczo i zszedłem na dół po schodach.
-O, Cześć Gee!- Powiedziała Jamia.
-Witaj! Dawno się nie wiedzieliśmy- Przytuliła mnie.
-No właśnie. Zostaniesz na obiad..?- zapytała.
-Przepraszam, ale obiecałem Linsday, że do obiadu wrócę- Powiedziałem.
-No cóż...Mam nadzieję, że będziecie nas częściej odwiedzać niż raz na rok!-zaśmiała się.
-Myślę..- spojrzałem w stronę schodów gdzie stał Frank.- ...że to bardziej niż pewne- Powiedziałem.
-To cudownie! Jutro zabieraj żonę i Bandit i wpadnijcie na kolację, dobrze?- Zapytała.
-Jasne, dziękuję.- Odpowiedziałem.- Do zobaczenia- odpowiedziałem i wyszedłem.
Zadowolony wsiadłem do samochodu. Niczego nie żałowałem. Cieszę się, że tak to się potoczyło.
Wróciłem do domu i od razu żona przywitała mnie, z obiadem. Powiadomiłem ją o zaproszeniu na jutrzejszą wspólną kolację. Ona się bardzo ucieszyła. Ja również się cieszyłem. Cały wieczór spędzę z Frankiem. Co prawda u naszych boków będą żony oraz dzieci, ale my w każdej chwili możemy wyjść, pod pretekstem wspólnego grania. Bez problemu coś wymyślimy.
Najważniejsze jest to, że pogodziliśmy się ze sobą. Zrozumiałem, że uczuć nie da się wyprzeć. Dnia 22 marca 2014 roku, czyli dzisiaj, mija dokładnie rok od rozpadu naszego zespołu. Ten dzień nie powinien mi się dobrze kojarzyć, a jednak. Ten dzień był pełen niespodzianek. Nigdy nie pomyślałbym, że będę całować się ze swoim najlepszym przyjacielem. Teraz, gdy się pogodziliśmy, nabrałem wiary w to, że zespół za kilka lat może wrócić. Na pewno, gdyby miało to nastąpić, nie będzie szybko. Taka przerwa jest trudna dla muzyka, ale też jest potrzebna, żeby nie oszaleć. Nie wykluczone, że kiedyś My Chemical Romance wróci z nową płytą i w tym samym składzie. Możemy tylko czekać, by zobaczyć jak potoczy się nasze życie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
jak każdy Killjoy wiele bym dała za to, by to co napisałaś okazało się prawdą. Jednakże jak już wcześniej wspomniałaś, prawdopodobnie nikt poza nimi nie zna prawdziwych przyczyn rozpadu.
OdpowiedzUsuńWprowadziłaś trochę nadziei w moje serce w tym czarnym dniu. Szczególnie zakończeniem posta. Może to nie koniec? Może kiedyś wrócą w starym, dobrym składzie?
chciałabym cholernie
jak każdy Killjoy
czytając to wszystko musiałam panować nad sobą by nie wybuchnąć płaczem
idealnie opisałaś emocje
kolejny genialny post Twojego autorstwa
Czarnego dnia moja droga Killjoy, nie trać nadziei
Ojeju...Dziękuję<3
UsuńCieszę się bardzo, że w ten sposób odczuwasz to co napisałam.
Bałam się, że Was tym bardziej zdołuję;)
Ta rocznica...To najgorszy dzień w moim życiu.
OdpowiedzUsuńCzytając to płakałam. Płakałam, choć sądziłam, że wylałam dzisiaj już wystarczającą ilość łez.
To takie smutne. Zespół, który kochasz nad życie; zespół, który pokazał Ci jak żyć...Po prostu odchodzi.
Ale jednak dziękuję Ci za to, co napisałaś. Jesteś wielka!
Killjoys Never Die <3
Śliczne <3 Dżełałd czekam niecierpliwie na kolejny rozdział <3 Kocham Twoje Frerardy *-* kc bardzo ;3
OdpowiedzUsuń