wtorek, 30 grudnia 2014

@ Rozdział I

 No więc zaczynam nowego Frerarda. Będzie on się dość różnił od reszty, ale mam nadzieję, że w jakiś sposób przypadnie Wam do gustu. Jak można się w trakcie domyślić, pisany jest z perspektywy Gerarda. Życzę miłego czytania, skarby :)

   Piski fanów, tłum, krzyk, stres. Za moment wychodzimy na scenę. Już ostatnie poprawki, głęboki wdech i wychodzimy. Publiczność szaleje, światła gasną, a w mojej głowie totalna pustka i skupienie. Wreszcie dałem znak i usłyszałem pierwsze dźwięki gitary i perkusji do piosenki "The End". Po chwili odwracam się do publiczności i zaczynam śpiewać. Cały stres mnie opuszcza na widok rozbawionych i szczęśliwych ludzi, którzy przyszli by nas zobaczyć. Od razu przechodziliśmy w następne piosenki. Wszedłem na wybieg i starałem się rozruszać fanów. Większość z przodu ledwo oddychała wciśnięta w barierki, ale mimo to starali się wychylać, by być bliżej. Kocham takie momenty,gdy ludzie doceniają naszą twórczość i widzę po co żyję.
   Po dość długim i wyczerpującym koncercie wszyscy usiedliśmy w garderobie. Serce biło mi jak szalone, po czole spływał pot, a moje ręce lekko trzęsły się ze stresu, który ze mnie schodził. Obok mnie usiadł Frank i pocałował w policzek, odgarniając z twarzy moje włosy.
-Świetny koncert, a teraz czeka nas spotkanie z fanami- Powiedział z uśmiechem.
   Westchnąłem ciężko i wstałem. Podszedłem do lustra, ścierając pot i ogarnąłem się jakoś, do robienia zdjęć. Chyba tylko Frank po koncercie wciąż był pełen życia. Właśnie to mi się w nim najbardziej podoba. Ten chłopak jest wiecznie wesoły, uśmiechnięty i pozytywnie nastawiony do życia. Nie przeszkadzało mu, że daliśmy prawie 2-godzinny koncert. Teraz myślał tylko o tym, by zobaczyć fanów, którzy wydali pewnie swoje ostatnie oszczędności, by zrobić sobie z nami zdjęcie i chwilę porozmawiać. Jest niesamowity.
   Wreszcie gotowi zebraliśmy się na spotkanie. Każdy kto podchodził to głównie był zapłakany i podekscytowany. Robiliśmy sobie ze wszystkimi zdjęcia i odpowiadaliśmy na ich poszczególne pytania. W końcu spojrzałem w prawo. Stała tam jedna, czarnowłosa, chuda i blada dziewczyna. Uśmiechnąłem się na jej widok i podszedłem do niej. Wydawała się być całkiem obojętna na to, że znajduje się w jednym pomieszczeniu ze swoimi idolami.
-A ty nie chcesz nawet podejść?- Zapytałem ją.
-Na razie jest tłum. Nie chcę stracić oka,skoro mogę podejść pięć minut później- Odpowiedziała również z uśmiechem.
-A jak ci na imię?- Zapytałem od razu.
-Lindsay.- Powiedziała wesoło i poszła do reszty.
   Nie wiem co mi się stało w tym momencie, ale poczułem się, jakbym znał ją już długo. Jakby nie była mi wcale obca. Dodatkowo jej uśmiech jest śliczny.. Och, koniec tego. Otrząsnąłem się i wróciłem do wszystkich, kończąc powoli to spotkanie. Po jakimś czasie fani wyszli, a dziewczyna obojętna na mnie przeszła obok. Stałem w miejscu i patrzałem za nią, aż Ray przywrócił mnie na ziemię, mówiąc, że idziemy do busa. Zamyślony wsiadłem do środka i wyruszyliśmy do następnego miasta.
   Położyłem się na łóżku ze słuchawkami w uszach, zamykając oczy. Cały czas miałem ją przed oczami, co zaczynało mnie już denerwować. Chłopacy opijali koncert, a ja leżałem jak idiota, myśląc o jednej z miliona fanek. To nawet głupio brzmi, a jednak.

niedziela, 28 grudnia 2014

...

Kochani, miałam zamiar zakończyć publikację czegokolwiek na tym blogu. Jednakże mam wielki sentyment do niego, a dodatkowo jestem świadoma, że przybyło mi obserwatorów. W takim wypadku po prostu nie umiem od tak zakończyć całej tej pracy i zacznę nowego Frerarda. Postaram się dodawać rozdziały w miarę szybko, ale jak wyjdzie, to się okaże :) Mam szczerą nadzieję, że nie zawiodę was nowym opowiadaniem i również wam się spodoba^_^ W najbliższym czasie dodam pierwszy rozdział.

sobota, 27 grudnia 2014

*** Rozdział XXV

Dziś po długiej nieobecności dodaję ostatni rozdział. Przepraszam za długą przerwę, ale no jakoś nie miałam weny,by to pisać. Tak już zostało. Uważam, że ten Frerard jest nudny i po tych przeklętych 25 rozdziałach doprowadziłam go do końca. Dziękuję Wam bardzo, że to czytacie. To strasznie miłe co słyszę na temat tego bloga. 
Miłego czytania<3

   Nasz wyjazd był udany. Codziennie spędzaliśmy razem naprawdę dużo czasu. Szczerze mówiąc, nawet nie spodziewałem się, że wytrzymamy tyle czasu bez żadnej kłótni. A jednak nam się udało. Niestety, gdy nadszedł czas powrotu wszyscy myśleliśmy o tym co zrobić, by jeszcze tu zostać. Jest tak wspaniale. Ostatecznie i tak w końcu pojechaliśmy na lotnisko, przeszliśmy przez te wszystkie sprawdzenia i weszliśmy do samolotu. Podróż była dość przyjemna. Ja czytałem książkę, Gerard słuchał muzyki, a Bandit jak zwykle zasnęła.
   Kolejne miesiące mijały strasznie szybko. Każdy z nas miał bardzo dużo pracy, swoich zmartwień i ważnych spraw. Oddaliliśmy się od siebie. Wierzyliśmy, że za niedługo wróci to do normy. Żeby było jak dawniej. Chciałbym, by właśnie tak się stało.
   Moje rozmyślania przerwał telefon.
-Zbieraj się, kochanie. Jedziemy do szpitala, bo córeczka Jareda i Hannah się urodziła- Usłyszałem głos Gerarda.
   Od razu wszystko zamknąłem i czekałem na chłopaka. Gdy tylko podjechał, wsiadłem do samochodu i pojechaliśmy do szpitala. Tam od razu powiedziano nam gdzie leży dziewczyna z dzieckiem. Przywitaliśmy się z nimi. Spojrzeliśmy na dziecko i obaj od razu zaniemówiliśmy. Dziewczynka jest śliczna. Gerard wziął ją na ręce, a popatrzałem na niego z uśmiechem. Strasznie chciałbym żeby nosił tak kiedyś nasze dziecko. Wiem, że to jest niemożliwe, ale chyba niczego tak bardzo nie pragnę, jak stworzenia z nim prawdziwej rodziny.
   Po dwóch godzinach męczenia świeżych rodziców naszą obecnością, wróciliśmy do domu. Usiedliśmy razem na kanapie, a ja wziąłem na kolana Bandit. Dziewczynka dała nam obojgu prezenty.
-Wszystkiego Najlepszego, tatusie!- Przytuliła nas ze szczerą radością.
   Całkiem zapomniałem, że dzisiaj jest dzień ojca. Nigdy nie miałem potrzeby tego pamiętać, w końcu nie jestem, a raczej nie byłem ojcem. Bandit nazwała mnie tak po raz pierwszy. Aż nie wiem jak się zachować, to strasznie miłe uczucie mieć świadomość, że ma mnie za kogoś tak ważnego. Wreszcie rozpakowałem swój prezent. Był tam rysunek przedstawiający mnie i narysowana przez nią kartka z życzeniami. Spojrzałem z uśmiechem na dziewczynkę wraz z Gerardem.
-Dziękujemy Ci bardzo, córeczko- Szepnął Gee i obaj daliśmy jej buziaki w policzek, na co się zaśmiała, tuląc nas.
   Cały ten dzień spędziliśmy naprawdę miło. Poszliśmy na lody, a potem na plac zabaw, by mogła się wyszaleć. Byłoby o wiele lepiej, gdyby tak mocno nie przygrzewało słońce, ale dało się jakoś wytrzymać. Wieczorem przygotowaliśmy wspólną kolację, a noc spędziłem z Gerardem bardzo namiętnie. Już od dłuższego czasu nie było tak dobrze między nami. Ten dzień ponownie zbliżył nas do siebie. Niewątpliwie była to zasługa narodzin Caroline-córki Jareda i Hannah, oraz naszej cudownej Bandit.
   Tak dalej toczyło się nasze życie. Były gorsze i lepsze momenty, jak u każdego. Przez ten czas zdążyliśmy się przeprowadzić do większego domu, do lepszej okolicy. Życie jak w bajce, ciekawe jak będzie potem.

*Caroline urodzona 23 czerwca... hm, to nie przypadek. Dziecko Hannah wzorowane jest na mojej przyjaciółce:*