Dziś po długiej nieobecności dodaję ostatni rozdział. Przepraszam za długą przerwę, ale no jakoś nie miałam weny,by to pisać. Tak już zostało. Uważam, że ten Frerard jest nudny i po tych przeklętych 25 rozdziałach doprowadziłam go do końca. Dziękuję Wam bardzo, że to czytacie. To strasznie miłe co słyszę na temat tego bloga.
Miłego czytania<3
Nasz wyjazd był udany. Codziennie spędzaliśmy razem naprawdę dużo czasu. Szczerze mówiąc, nawet nie spodziewałem się, że wytrzymamy tyle czasu bez żadnej kłótni. A jednak nam się udało. Niestety, gdy nadszedł czas powrotu wszyscy myśleliśmy o tym co zrobić, by jeszcze tu zostać. Jest tak wspaniale. Ostatecznie i tak w końcu pojechaliśmy na lotnisko, przeszliśmy przez te wszystkie sprawdzenia i weszliśmy do samolotu. Podróż była dość przyjemna. Ja czytałem książkę, Gerard słuchał muzyki, a Bandit jak zwykle zasnęła.
Kolejne miesiące mijały strasznie szybko. Każdy z nas miał bardzo dużo pracy, swoich zmartwień i ważnych spraw. Oddaliliśmy się od siebie. Wierzyliśmy, że za niedługo wróci to do normy. Żeby było jak dawniej. Chciałbym, by właśnie tak się stało.
Moje rozmyślania przerwał telefon.
-Zbieraj się, kochanie. Jedziemy do szpitala, bo córeczka Jareda i Hannah się urodziła- Usłyszałem głos Gerarda.
Od razu wszystko zamknąłem i czekałem na chłopaka. Gdy tylko podjechał, wsiadłem do samochodu i pojechaliśmy do szpitala. Tam od razu powiedziano nam gdzie leży dziewczyna z dzieckiem. Przywitaliśmy się z nimi. Spojrzeliśmy na dziecko i obaj od razu zaniemówiliśmy. Dziewczynka jest śliczna. Gerard wziął ją na ręce, a popatrzałem na niego z uśmiechem. Strasznie chciałbym żeby nosił tak kiedyś nasze dziecko. Wiem, że to jest niemożliwe, ale chyba niczego tak bardzo nie pragnę, jak stworzenia z nim prawdziwej rodziny.
Po dwóch godzinach męczenia świeżych rodziców naszą obecnością, wróciliśmy do domu. Usiedliśmy razem na kanapie, a ja wziąłem na kolana Bandit. Dziewczynka dała nam obojgu prezenty.
-Wszystkiego Najlepszego, tatusie!- Przytuliła nas ze szczerą radością.
Całkiem zapomniałem, że dzisiaj jest dzień ojca. Nigdy nie miałem potrzeby tego pamiętać, w końcu nie jestem, a raczej nie byłem ojcem. Bandit nazwała mnie tak po raz pierwszy. Aż nie wiem jak się zachować, to strasznie miłe uczucie mieć świadomość, że ma mnie za kogoś tak ważnego. Wreszcie rozpakowałem swój prezent. Był tam rysunek przedstawiający mnie i narysowana przez nią kartka z życzeniami. Spojrzałem z uśmiechem na dziewczynkę wraz z Gerardem.
-Dziękujemy Ci bardzo, córeczko- Szepnął Gee i obaj daliśmy jej buziaki w policzek, na co się zaśmiała, tuląc nas.
Cały ten dzień spędziliśmy naprawdę miło. Poszliśmy na lody, a potem na plac zabaw, by mogła się wyszaleć. Byłoby o wiele lepiej, gdyby tak mocno nie przygrzewało słońce, ale dało się jakoś wytrzymać. Wieczorem przygotowaliśmy wspólną kolację, a noc spędziłem z Gerardem bardzo namiętnie. Już od dłuższego czasu nie było tak dobrze między nami. Ten dzień ponownie zbliżył nas do siebie. Niewątpliwie była to zasługa narodzin Caroline-córki Jareda i Hannah, oraz naszej cudownej Bandit.
Tak dalej toczyło się nasze życie. Były gorsze i lepsze momenty, jak u każdego. Przez ten czas zdążyliśmy się przeprowadzić do większego domu, do lepszej okolicy. Życie jak w bajce, ciekawe jak będzie potem.
*Caroline urodzona 23 czerwca... hm, to nie przypadek. Dziecko Hannah wzorowane jest na mojej przyjaciółce:*
Sposób w jaki Bandit zwróciła się do Franka i Gee totalnie mnie rozczulił :3 Nie rób niczego wbrew sobie, to bez sensu. Czekam na nowe frerardy.
OdpowiedzUsuń